
Haze opowiada historię konfliktu mającego miejsce w Ameryce Południowej gdzieś w niedalekiej przyszłości. Jako Shane Carpenter, żołnierz korporacji Mantel, stajemy naprzeciw rebeliantów nazywających siebie Promise Hand, którzy pod pretekstem czystek etnicznych, dowodzeni przez ubierającego się w kamizelkę z ludzkiej skóry Gabriela Merino, mordują mieszkańców okolicznych wiosek. Żołnierze Mantel, dla których walka za sprawą zażywanego Nectaru jest jak zabawa, przypuszczają atak na rebeliantów w celu schwytania ich okrutnego przywódcy. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem. Gdzieś po drodze system dozujący Nectar naszego bohatera zostaje zniszczony i dzięki temu, z umysłem wolnym od otumaniającego narkotyku, poznaje przeraźliwą prawdę o tym co się wokół niego dzieje.

Haze to najnowszy tytuł studia Free Radical Design, twórców świetnej serii TimeSplitters. Gra składa się w gruncie rzeczy z dwóch części. W pierwszej wcielamy się w sterowanego przez korporację Mantel żołnierza przekonanego, że walczy w słusznej sprawie, zaś w drugiej przechodzimy na stronę rebeliantów, by wolni od propagandy stanąć przeciwko wcześniejszym sojusznikom. Całkiem fajny pomysł, muszę przyznać. Ale niestety, tu pojawia się pierwszy mankament gry, który słusznie zaważył na jej niezbyt ciepłym przyjęciu...

Haze miało naprawdę fajny scenariusz, pokazanie jednego konfliktu z dwóch skrajnie różnych perspektyw pozwoliłoby nam zastanowić się w jaki sposób wybieramy to, co jest dla nas prawdziwe i czy przypadkiem to my zawsze musimy mieć rację. Jednak ktoś totalnie skopał reżyserię :/ Całość ukazana jest w przesadnie melodramatyczny, miejscami bardzo naiwny sposób, przypominający niskobudżetowe, stare filmy akcji, przez co klimat zupełnie zanika. Naprawdę szkoda, że solidniej się do tego nie przyłożono. Ani same wydarzenia, ani sposób ich ukazywania w Haze nie zrobią na doświadczonym Graczu większego wrażenia, a przecież nie jest żadną tajemnicą, że dziś coraz więcej osób zwraca uwagę na fabułę. Jeśli od początku wiadomo, że nie będzie ona główną osią danej gry (jak na przykład w bijatykach, symulatorach czy online'owych strzelankach) to okej, ale jeśli promuje się ją na długo przed premierą, to do czegoś to zobowiązuje.

Z całej gry jedynie kilka rzeczy zasługuje na większą wzmiankę. Fajnym patentem jest sam Nectar. Dozujemy go sobie w dowolnej chwili, a jego działanie poprawia nasz refleks, wyostrza zmysły i przyspiesza regenerację obrażeń. Ponadto ukrywa przed nami okrucieństwa wojny. Będąc pod działaniem narkotyku nie widzimy krwi, martwych ciał naszych ofiar, a otoczenie w którym się znajdujemy ma żywsze niż w naturze kolory. W ten sposób walkę odbieramy jako zabawę i tego chce korporacja dla której walczymy. Jeśli jednak przedawkujemy Nectar, czy to samodzielnie, czy na przykład dostaniemy od rebeliantów "nectarowym granatem", od razu odczuwamy na sobie nieprzyjemne skutki uboczne. Tracimy możliwość odróżnienia sojusznika od wroga, obraz przed oczami nam się rozmazuje i w pewnym stopniu tracimy kontrolę nad ciałem. Wiedza o tym jak działa Nectar przyda nam się, gdy dołączymy do Promise Hand. Korzystając ze wspomnianych granatów, które będziemy mogli zakopywać w ziemi w formie pułapki, doprowadzimy do tego, że żołnierze Mantel sami się pozabijają. Dodatkowo udając trupa nieraz unikniemy śmierci. Wszystkie te zagrywki można również wykorzystywać w trybie multiplayer, w którym to może ze sobą walczyć jednocześnie do 16 osób, w tradycyjnych trybach deathmatchowych, albo z podziałem na zadania do wykonania. Niestety, to jedyne plusy gameplayu. Reszta już nie zachwyca. Samo strzelanie, sedno FPSów, nie jest złe, ale na pewno nie jest też niczym nadzwyczajnym, jak na grę dzisiejszych czasów. Prowadzenie pojazdów jest jakimś urozmaiceniem, ale model jazdy bywa męczący. Możemy co prawda zaciągnąć do gry kumpli i przejść kampanię w trybie kooperacyjnym dla czterech osób, ale jakoś nie miałem ochoty tego wypróbowywać :P Może gdyby gameplay był bardziej skierowany na współpracę, a sama gra nieco dłuższa i trudniejsza...

Graficznie jest dosyć słabo. Niskiej jakości tekstury to codzienność, w dodatku często spotykałem się z sytuacja, że nie nadążały one z nakładaniem się na obiekty, przez co przez pewien czas była zamiast nich niewyraźna papka. Były też takie bugi, że gdy podchodziłem do jakiegoś obiektu, tekstury na nim rozmazywały się, zamiast stawać się wyraźniejsze. O przenikaniu trupów przez ściany i tego typu sprawach nie wspomnę. Pewne aspekty strony audio też bywają denerwujące, na przykład te same kwestie w kółko powtarzane przez naszych NPCów (którzy przy okazji nie grzeszą sztuczną inteligencją). Albo mi się zdawało, albo ktoś kiedyś mówił, że ta gra ma pokazać możliwości PlayStation 3... Dobre :P

Haze był długo zapowiadanym "konsolowym Crysisem", murowanym hitem, grą powalającą fabułą i wykonaniem. Oglądając wczesne screeny wierzyłem w to wszystko. Jednak po odpaleniu gry poczułem się, jakby ktoś odciął mi dopływ Nectaru... Brutalna rzeczywistość nie pozostawiała złudzeń, że Haze nie jest tym, czym miał być. Zwykła strzelanka, z nieciekawą oprawą, spora ilością bugów i z jedynie kilkoma fajnymi patentami. Niestety, to za mało, by mierzyć się z konkurencją.
|
| Grafika: |
 | Spełnia standardy, ale niewiele ponad to |  |
60% |
| Dźwięk: |
 | Nie jest źle, ale kwestie mówione czasami drażnią |  |
75% |
| Żywotność: |
 | Jeśli zapomnimy o hypie, da się w to pograć |  |
70% |
| Ogólnie: |
 | "Wielki hit" nie okazał się tak wielki, jak zapowiadano |  |
65% |
Autor:
Emeraldar
Zachęcamy również do zapoznania się z filmikami: